ggg ggg

Bo śpiewać trzeba pięknie… (20.03.2012)

Pawła Anduszkiewicza, a właściwie jego piękny, mocny (żeby nie powiedzieć – potężny), a jednocześnie bardzo ciepły głos, zna chyba większość mieszkańców Ostrowi.

Jedni mieli okazję słuchać go na koncertach, inni w kościele św. Jozafata w Komorowie w okresie gdy pracował tam jako organista. Wielu moich znajomych jeździło na nabożeństwa do Komorowa, specjalnie po to, aby posłuchać jego śpiewu. Jest to prawdziwy człowiek – orkiestra, który sam śpiewa, gra, komponuje. Wielokrotnie także brał udział jako aktor w widowiskach, inscenizacjach i misteriach. Jest współzałożycielem i liderem zespołu „Ad alta voce”, a od niedawna także szefem własnej agencji artystycznej RAM ART.

Andrzej Mierzwiński – Kiedy po raz pierwszy zaśpiewałeś publicznie?
Paweł Andruszkiewicz –. Bardzo dawno. Było to podczas wizytacji biskupa Mikołaja Sasinowskiego w Szumowie. Miałem wtedy pięć lat i dorośli wymyślili, że zaśpiewam psalm. Musiałem nauczyć się go na pamięć, bo nie umiałem jeszcze czytać i takim dziecięcym głosem, pierwszy raz publicznie zaśpiewałem. Później były różne imprezy rodzinne, rozrywkowe, przechodziłem wtedy mutację i nie do końca to było czyste, ale jakoś się udawało. Takie rodzinne śpiewanie też jest doświadczeniem, bo człowiek uodparnia się na pewne rzeczy. Nie mam na przykład kłopotów z niewydolnością głosową. Owszem, może to się zdarzyć po kilku godzinach śpiewania, ale przy krótszych programach stan zdrowia nie ma praktycznie żadnego wpływu

AM – Nie zdarzyła się Tobie nigdy sytuacja, kiedy miałeś kłopoty z wykonaniem jakiegoś utworu?
P.A. – Był kiedyś taki przypadek kiedy pracowałem w Komorowie. Jadę do pracy na poranną mszę, jeszcze trochę zaspany i w pewnej chwili odbieram telefon od proboszcza z pytaniem czy znam „Święta miłości kochanej Ojczyzny”. Wiedziałem, że jest to utwór o dużej rozpiętości, a ja bez żadnego przygotowania. Mówię więc, że nie pamiętam słów ani nut. A ksiądz na to, że już zaniósł na chór i nuty i słowa. No i chcąc, nie chcąc, musiałem to zaśpiewać i to jeszcze na samym początku nabożeństwa, kiedy byłem zupełnie nie rozśpiewany. Przedsięwzięcie dość karkołomne, ale jak się okazało, do zrobienia.

AM – Powiedz trochę o sobie. Może zacznijmy od okresu szkolnego.
P.A. – Mówimy o wykształceniu niemuzycznym? Skończyłem Liceum Ekonomiczne w Ostrowi i z wykształcenia jestem technikiem ekonomistą o specjalizacji organizacja przedsiębiorstw produkcyjnych. Na szczęście nigdy nie pracowałem w tym zawodzie. Maturę to mam tak trochę honoris causa, bo w szkole głównie grałem i śpiewałem. Ale na serio. Były przedmioty, które lubiłem, na przykład język polski, sama ekonomia i statystyka, które przydają się i dzisiaj. Przynajmniej wiem jak sobie obliczyć wynagrodzenie.

AM – A wykształcenie muzyczne?
P.A. – Ukończyłem państwową szkołę muzyczną pierwszego stopnia w Zambrowie w klasie fortepianu, potem uczyłem się w sredniej szkole muzycznej w Łomży w klasie kontrabasu i na Akademii Muzycznej w Białymstoku na kierunku muzyka szkolna, którą ja na własne potrzeby nazwałem „Dawne tańce i melodie”, co ludzie zajmujący się muzyką zawsze przyjmowali z rozbawieniem. Był to kierunek przygotowujący głównie do zawodu nauczyciela, ale jednocześnie bardzo wszechstronny, ponieważ uczy i emisji głosu i harmonii. Jest to bardzo dobre dla tych, którzy nie chcą być instrumentalistami, ale chcą zajmować się muzyką, a mnie zawsze pociągała kompozycja. 

AM – Który z nauczycieli miał największy wpływ na Twoją dalszą drogę muzyczną?
P.A. – Było ich kilku. W szkole pierwszego stopnia moim profesorem, któremu zresztą zawdzięczam chyba najwięcej, był magister Ignacy Płoński, ale potem w szkole średniej był profesor Szczepański od kontrabasu i nieżyjący już profesor Lisiecki. Cenię ich nie tylko za sprawy merytoryczne, ale głównie za podejście, za to, że potrafili dostrzec we mnie, że coś tam mogę w życiu zrobić.

AM – Od kiedy stwierdziłeś, że Twoim sposobem na życie będzie muzyka?
P.A. – Ze mną było tak, jak w tym cytacie z filmu, że  „…trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co chce się w życiu robić, a jak już się odpowie, to trzeba to robić”. Od początku, odkąd zauważyłem, że lubię grać, nie widziałem siebie w żadnej innej roli.

AM – To w jaki sposób znalazłeś się w Ekonomiku?
P.A. – Gdy skończyłem podstawówkę, był to okres przełomu i nikt nie wiedział jak to będzie dalej. Branża rozrywkowa, to było wtedy coś niepoważnego, liczyła się posada państwowa i nic poza tym. Rodzina naciskała, że muszę mieć jakiś normalny zawód. No i stąd Ekonomik, chociaż wcześniej była jeszcze przygoda z technikum elektronicznym, ale trwała ona bardzo krótko.

AM – Bardziej podobał się Tobie Ekonomik?
P.A. – Nie, to zupełnie inna sprawa i za długo by o niej mówić. Pamiętam niemal szok po zmianie szkoły. Chociaż może trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale wtedy byłem bardzo nieśmiały w towarzystwie dziewcząt. W technikum na Rubinkowskiego dziewcząt było niewiele, ale też traciłem pewność siebie kiedy do klasy wchodziła koleżanka. Po przejściu do Ekonomika okazało się, że nas chłopaków było raptem siedemnastu w całej szkole. Może jednak dzięki temu udało się z czasem pokonać tę nieśmiałość, tym bardziej, że jedną z pierwszych osób, jaką tam spotkalem, była Anka Krajewska, osoba dość energiczna i bezpośrednia. Akurat miała być akademia z okazji Dnia Nauczyciela i ona namówiła mnie abym coś zaśpiewał. A na scenie to czułem się zupełnie pewnie.

AM – Spodobał się Twój występ?
P.A. – W szkole tak, ale poza nią nie wszędzie i nie wszystkim. Pamiętam jak instruktor muzyki z MDK-U Janusz Spaulenok, którego zresztą do dzisiaj bardzo cenię i szanuję, usłyszawszy mój występ na jakimś konkursie śpiewaczym, podszedł do mnie i powiedział: „Wiesz co? Może ty lepiej nie śpiewaj”. I to mnie wtedy szalenie zmotywowało. Zresztą głos zmienia się się z wiekiem, wtedy miałem inny i inną świadomość śpiewania. Cały proces nauki śpiewania, to oprócz takich rzeczy czysto fizjologicznych związanych z wydobywaniem głosu, z otwarciem krtani itp., polega na stałym usuwaniu błędów. Każdy przecież ma głos od urodzenia. Największą emisję mają niemowlaki, bo one skupiają się tylko na wydawaniu dżwięków. Natomiast potem trzeba usuwać błędy, których nabieramy z wiekiem. Poza tym człowiek młody zamiast skoncentrować się na tym co może, ciągle szuka jakichś wzorów i zaczyna robić to co inni, ale najczęściej wychodzi mu nie to co powinno. Jest to rozmijanie się chęci z możliwościami.

AM – No, nie tylko młody. Znamy przykłady osób bardzo dojrzałych, którzy postępują tak samo i tak samo im nie wychodzi. Wróćmy może jednak do Twojej życiowej drogi muzycznej. Zaczęła się wtedy w Ekonomiku?
P.A. – No nie, zaczęła się ona znacznie wcześniej. Miałem wtedy może 14 lat i musiałem zastąpić chorego ojca jako organista na pogrzebie. Wiedziałem, że tam trzeba śpiewać inaczej niż w śpiewaniu rozrywkowym. Nie było żadnego przenośnego nagłośnienia, padało, a tu trzeba było iść w kondukcie i śpiewać przynajmniej trochę głośniej niż dzwonił dzwon. No i udało się. Nie miałem jeszcze wtedy świadomości, że takiego głosu można użyć również na scenie i może dlatego instruktor w MDK-u poradził abym nie śpiewał. W sumie jestem mu za to wdzięczny gdyż mnie zmotywował. Poza tym myślę, że będąc wtedy na jego miejscu, powiedziałbym sobie to samo.

AM – A Ty na przekór wszystkiemu jednak śpiewałeś?
P.A. – Nie. Wtedy przez jakiś czas nie śpiewałem. Grałem, komponowałem, nagrywałem różne rzeczy, ale nie śpiewałem. Potem Janusz Spaulenok skontaktował mnie z księdzem Ceberkiem. Pamiętam jak pojechałem razem z nim na rekolekcje wielkopostne do Kielc. W pewnym momencie ksiądz prowadzący musiał wyjść, żeby przygotować się do mszy i postawił mnie przed faktem dokonanym mówiąc; „to wy tu sobie teraz pośpiewacie z Pawłem, a ja zaraz wracam”. A było tam około trzech tysięcy ludzi i trzeba było jakoś wybrnąć.

AM – Z jakim efektem?
P.A. – Chyba dobrym, bo pojawiły się potem recenzje, że było super i że mam „bardzo miły głos”.

AM – Owacji w kościele z pewnością jeszcze wtedy nie było, ale czy pamiętasz kiedy dostałeś pierwsze brawa?
P.A. – Pamiętam. Była to jakaś impreza w Łochowie, na której zaśpiewałem „Zielone wzgórza nad Soliną”. Wytworzył się wtedy jakiś taki nastrój, że mnie poniosło i zaśpiewałem najładniej jak mogłem. Skończyłem i słyszę brawa. Zrobiło mi się bardzo miło i co więcej, bardzo mi się to spodobało i pomyślałem, że może jednak pośpiewam. No i potem śpiewałem coraz częściej. A że kiedyś uparłem się, że będę żył z muzyki, więc starałem się rozwijać również w tym kierunku. Pamiętam też kolejne wydarzenie, które wywarło silny wpływ na moje podejście do śpiewania. Byłem wtedy w Akademii Muzycznej i chór akademicki śpiewał w katedrze białostockiej Requiem. Wtedy również nauczyciel emisji z Akademii, prof. Cezary Szyfman zaśpiewał taką, można rzec, zwykłą pieśn, ale zaśpiewał ją tak, że zaniemówiłem. Zapytałem go potem dlaczego dla takiej zwykłej pieśni tak się starał. I usłyszałem odpowiedź, która zapadła nie tylko w pamięć, ale w świadomość: „bo widzisz Pawle, jak coś się śpiewa, to trzeba śpiewać pięknie”. Kiedy to sobie przemyślałem, stwierdziłem, że ma całkowitą rację. Bo czymże jest zajmowanie się muzyką? Jest przecież mniej lub bardziej udaną próbą tworzenia piękna, piękna dźwięku. I od tamtej pory staram się też tak postępować.

AM – No tak, efekty mieliśmy okazję usłyszeć niejednokrotnie, szczególne w kościele, gdzie Twój śpiew wywołuje niesamowite wrażenie. A przy okazji, w jaki sposób zostałeś organistą w Komorowie?
P.A. – Było to w roku 2007. Miałem wtedy taki epizod w życiu, że byłem kierowcą. Stałem kiedyś w jakiejś potwornie długiej kolejce czekając na rozładunek i nagle zadzwonił proboszcz z Komorowa z  propozycją objęcia posady organisty. W efekcie po powrocie z trasy zacząłem tam śpiewać od rekolekcji adwentowych. Po roku zostałem zatrudniony w Ordynariacie Polowym WP jako organista. Pracowalem też na kawałku etatu w Klubie Garnizonowym.

AM – Wtedy mieszkańcy Ostrowi mieli okazję słuchać Ciebie dość często.
P.A. – Rzeczywiście, wcześniej tak się składało, że grałem niemal w całym kraju, ale nie u siebie. Ba, nie tylko w kraju, bo przez jakiś czas byłem nawet organistą w Chicago. Było to naprawdę ciekawe doswiadczenie. Była to trójjęzyczna parafia, w której grała ciemnoskóra amerykańska organistka, kilku organistów meksykańskich, no i ja na polskich nabożeństwach.

AM – Czym zajmujesz się obecnie?
P.A. – Od października prowadzę własną agencję artystyczną zajmującą się organizacją imprez, obsługą muzyczną itp. Wachlarz usług jest bardzo szeroki.

AM – Czy oznacza to, ze rozstałeś się z muzyką kościelną?
P.A. – Absolutnie nie, zastępuję teraz chorego organistę w Jelonkach, a ponadto jestem obecnie na trzecim roku Studium Organistowskiego w Łomży.

AM – A co najbardziej lubisz śpiewać?
P.A. – Nie ma rzeczy, które najbardziej lubię śpiewać. To zależy od tego, co w danej chwili robię i nad czym pracuję. Są pieśni religijne, które lubię śpiewać, pieśni polskie, ale także niektóre utwory Presleya i Sinatry. Lubię takie, które mają melodię. Najkrótsza defincja piosenki to tekst i muzyka. Dobrze byłoby gdyby tekst był o czymś, a muzyka miała melodię, bo to wcale nie jest dzisiaj takie oczywiste.

AM – Czy mógłbyś tak bez namysłu wymienić piosenkę, która podoba się Tobie najbardziej?
P.A. – „Cziornyj woron”. Bardzo lubię rosyjskie piosenki i rosyjską muzykę. Jest to chyba ostatnia nacja, która nie wstydzi się śpiewać i grać tego co jej gra w duszy. Oni trzymają się swoich korzeni. Bo tak naprawdę to niemal cały świat naśladuje albo muzykę amerykańską, albo brytyjską. A my jesteśmy Słowianami i nie będziemy śpiewali soulu czy country lepiej niż Afroamerykanie czy rdzenni Amerykanie, bo to są inne klimaty. Wywodzimy się z innej kultury, inne rzeczy nam pasują. A Rosjanie trzymają się swojej tradycji i ja ich za to szanuję.

AM – A jak przedstawiają się Twoje plany muzyczne?
P.A. – Plany? Widząc to co się dzieje obecnie w muzyce rozrywkowej, uważam, ze brakuje w niej muzyki dla odbiorców w wieku 35-40 i więcej lat. Gwiazdy topowe grają głównie dla młodzieży. Są owszem programy bardziej ambitne, ale wymagające od słuchacza pewnego przygotowania, a brak jest piosenek, które miałyby ładną melodię i przede wszystkim mówiłyby o czymś. Jeżeli tekst jest o niczym, to nie wiadomo jak taką piosenkę zinterpretować. Ja w śpiewaniu staram się przekazywać emocje. Oprócz przekazu werbalnego i dźwiękowego, muszą się jeszcze gdzieś tam znaleźć emocje. A trudno jest je wywołać z niczego. Myślę, że piosenka z treścią w tekście i z dobrą muzyka znalazłaby odbiorców i  chciałbym się zająć tworzeniem takich właśnie piosenek. Szukam kogoś kto pisałby teksty. Można wprawdzie je zamówić, ale wolałbym aby pisał je ktoś kto mnie zna i kogo ja znam, bo to musi być autentyczne. Nie chcę śpiewać czegoś, co mnie samego nie przekonuje.

AM – Życzę spełnienia tych zamierzeń, bo po tym co powiedziałeś, sam jestem tym zainteresowany i dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Andrzej Mierzwiński

4 210 views

Zamieścił: admin

Udostępnij ten artykuł na
%d bloggers like this:
Przeczytaj poprzedni wpis:
Aleksander Chymkowski sportowcem roku (20.03.2012)

12 –sto latek zdetronizował 14 konkurentów wybranych do miana Najpopularniejszego Sportowca Gminy Pułtusk. Młode pokolenie sportowców stanęło na podium –...

Zamknij